3. #idealnieniedoskonały

Kiedy rozpoczynałam pracę w szkole byłam przerażona. Teraz każdy początek roku przynosi ze sobą dozę niepokoju, twórczego niepokoju. Ale dlaczego? Przecież kocham swoją pracę. Właśnie dlatego.

Stanęłam po raz pierwszy przed dziećmi i zastygłam w kilkusekundowym zamyśleniu: „co mam robić? co mam mówić?” Poczułam ogrom odpowiedzialności, którą muszę unieść, bo przecież mówię do tych dzieci o Bogu(!). Niejednokrotnie jestem pierwszą osobą, która mówi im kim jest Jezus i jak Jego życie zmieniło naszą historię. Być może lekcja religii jest początkiem ich przyjaźni z Bogiem. Jak tego nie zepsuć? I nie pomagała wcale świadomość swoich słabości i wątpliwości. Chyba tylko ignorant nie uświadamia sobie jak wiele jest w nim braków i nieumiejętności, które nie mogą stanąć na drodze do katechizowania. Pozytywne nastawienie, miłość do Boga i ludzi to jedno, ale co zrobić, gdy padają trudne pytania albo w młodych umysłach kłębi się niezrozumienie tematu. Przecież ja – jak mówił ks. Oko – wiem coś o wszystkim, ale absolutnie nie wiem wszystkiego.

Po niemalże całym roku zadawania sobie pytań o to czy jestem właściwym człowiekiem na właściwym miejscu, z odpowiedzią pospieszył mi ks. Artur Ważny (Dyrektor Wydziału ds. Nowej Ewangelizacji), który podczas rekolekcji przywołał fragment z Ewangelii wg świętego Marka. Dwa następujące po sobie zdania, które pokazują, że nawet Apostołowie nie byli doskonali, że nie wszystko rozumieli i zdarzało im się wątpić. Jednak ich ułomności nie były dostatecznym powodem, by nie dostali nakazu głoszenia Ewangelii na całym świecie, wszystkim napotkanym ludziom. Te dwa zdania są ostatnimi wypowiedzianymi przez Jezusa przed wniebowstąpieniem, później już tylko „Pan współdziałał z nimi i potwierdził naukę znakami” (Mk 16, 20). Dwa zdania, które sprawiły, że to, co kiedyś mnie przytłaczało, dziś daje mi siłę napędową do nauczania, do ewangelizacji.

Zaczynamy nowy rok szkolny i chciałabym żeby w każdych wątpliwościach towarzyszyło mi (Wam też) to nieprzypadkowe następstwo zdań:
W końcu ukazał się samym Jedenastu, gdy siedzieli za stołem, i wyrzucał im brak wiary i upór, że nie wierzyli tym, którzy widzieli Go zmartwychwstałego. I rzekł do nich: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu!” (Mk 16, 14-15)

 

1. #róbtocokochasz

Jaka jest praca nauczyciela? Cudowna! Ale tylko wtedy, gdy wychodzisz od właściwych założeń i powtarzasz je sobie codziennie, a czasami nawet co każdą godzinę lekcyjną.

Pierwsza i najważniejsza rzecz to motywacja. „Rób to, co kochasz” to nie jest pusty slogan, który atakuje człowieka XXI wieku nawet z lodówki. Wstajemy rano i programy śniadaniowe krzyczą do nas o samorealizacji. W pracy nauczyciela ta kwestia zdaje się być dla mnie najbardziej drażliwą. Z jednej bowiem strony jesteśmy zobligowani poniekąd do doskonalenia swojego warsztatu – kursów, studiów podyplomowych. Z drugiej – wchodzimy bezwiednie w tę machinę awansu zawodowego i nie wszyscy wiemy, po co biegniemy w tym wyścigu, bo przecież nie tylko po podwyżkę. (Chcę wierzyć, że nie tylko po pieniądze! Ale to temat na inny wpis.)

Jak to zrobić, żeby codziennie rano budzić się z uśmiechem na twarzy i myśleć, że idę do pracy, którą naprawdę lubię? Niejednokrotnie spotkałam się z twierdzeniem: „lubię dzieci, więc zostałam nauczycielem”, „lubię pracować z ludźmi”. A co jeśli nasze „aniołki” dadzą nam (nawet niechcący) porządnie w kość? A jeśli niekorzystny biomet sprawi, że wszyscy będziemy sobie nawzajem dogryzać? Znam ludzi, którzy z tego powodu zwalniali się z pracy.

Jak być zatem nauczycielem z powołaniem? No cóż, czasami myślę, że w szkole „powołanie” to taki mityczny stwór, którego przywołuje się, żeby zbudować czyjś autorytet albo eufemistycznie dać komuś do zrozumienia, że się nie nadaje. Wszystkie definicje powołania zaś zwracają uwagę na altruistyczne pobudki wykonywania danej pracy, które wyprzedzają, choć nie wykluczają tych finansowych.

Było dużo pytań, więc może teraz próba odpowiedzi.
Kluczem do sukcesu w pracy z ludźmi nie jest (koniecznie/tylko) nasza miłość do nich lub to, że lubimy z ludźmi przebywać, a nawiązywanie z nimi kontaktów nie sprawia nam trudności. Ze względu na ludzi prędzej czy później każda praca może się znudzić, a nawet zbrzydnąć. Bo człowiek nie jest tylko dobry i ma swoje ułomności, przez które mierzi, rani, denerwuje. W każdej pracy, zwłaszcza w pracy z ludźmi (dziećmi!) potrzebujemy jakiegoś punktu odniesienia, który będzie stały, jakiegoś pewnika, na którym oprzemy się codziennie rano. Wytrychem stały się już słowa świętego Augustyna, mówiącego, że jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystko jest na swoim miejscu. Ten sam zostawił nam wskazówkę: „Dilige et quod vis fac” (Kochaj i rób co chcesz”), a popkultura wywróciła jego słowa na lewą stronę, przepuściła przez magiel i wywiesiła w wypaczonym rozumieniu. A przecież te dwa zdania świętego z Hippony są ze sobą tożsame i mówią o tym samym.

Kocham swoją pracę, współpracowników i dzieci, bo napędza mnie miłość do Boga i to ona daje mi wskazówki jak przetrwać kolejny dzień i jak zrobić z niego najlepszy dzień mojego życia, a może także życia drugiego człowieka. I choć w trudnych sytuacjach nie pytam siebie: „co Jezus zrobiłby na moim miejscu?”, bo przecież mógłby sporządzić bicz i powywracać stoły (Por. J 2, 15), to staram się szukać tych „Bożych rozwiązań”. Bo kiedy Bóg jest na pierwszym miejscu, to zaraz za Nim jest człowiek i jego dobro, dobro najistotniejsze właśnie w pracy z dziećmi, gdy z uwagi na kruchą materię szczególnie łatwo popełnić błąd, zranić i niesłusznie ocenić.

Najlepszym poradnikiem do rozwoju i samorealizacji jest Biblia, a Jezus to coach wszechczasów i najlepszy wzór nauczyciela i pedagoga.

Jezus nie zapytał Piotra czy kocha owce, tylko czy kocha Boga (Por. J 21, 15-17).