13. #krytykaczykrytykanctwo?

Krytykować też trzeba umieć. Mówią, że jak się chce kogoś uderzyć, to kij zawsze się znajdzie. Tę życiową mądrość można bez skrupułów przyłożyć także do naszego spojrzenia na świat i Kościół, czy to w prywatnych rozmowach czy w ogólnopojętej publicystyce. I nie chodzi o to, by błędów i minusów nie dostrzegać i pomijać je znaczącym milczeniem. Powtarzanie za Alicją z Krainy Czarów „Nie ma cię! nie ma cię!”, nie sprawi, że słabości i grzechy całego świata (w tym także Kościoła) znikną niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. One są i będą, jednakże samo ich wytykanie niczego nie zmieni.

Uczmy się od uczących. W edukacji szalenie ważny i coraz bardziej powszechny jest system oceniania kształtującego. Staramy się nie tylko sumować wiedzę i umiejętności ucznia, ale dawać mu informację zwrotną o jego słabych i mocnych stronach, możliwościach, które może wykorzystać. Wprawny nauczyciel potrafi, poznawszy ucznia, wskazać mu nowe metody nauki dostosowane do jego zdolności, opracować system rozwijania się i przezwyciężania słabości. W skrócie: konstruktywna krytyka. Nie wystarczy powiedzieć: bardzo dobrze, minus trzy. Patrząc przez odpowiedni pryzmat każdy ma talenty, robi coś naprawdę dobrze, a jeśli w czymś niedomaga rolą osoby nauczającej jest wskazać rozwiązania i zaproponować pomóc.

Kościół to żywy organizm. Nikt inny, jak właśnie ludzie robią w nim Dobro… i zło. Mówiąc zatem o nim powinniśmy wcielać się w rolę dobrych nauczycieli, mentorów, którzy mają wpływ na rozwój tego organizmu, jakim jest Kościół. Niech każdy zatem, kto podejmuje się oceny jego kondycji zastanowi się, czy nie jest to tylko bezmyślne wytknięcie błędów. A może sam potrafiłby w tej sytuacji wskazać rozwiązanie problemu, choćby podjąć próbę? To zaś nie zawsze okazuje się łatwe, dając nam do zrozumienia, że być może jest jak jest, bo ciężko znaleźć inne, jakiekolwiek możliwości poprawy sytuacji. Z drugiej strony mówiąc o Kościele i jego potknięciach, dla równowagi moglibyśmy w tej samej wypowiedzi znajdować przykłady dobrych praktyk. I nie chodzi tu o zaklinanie rzeczywistości, ale o motywację. Jako komentatorzy, zwłaszcza publiczni, stawiamy się poniekąd w roli liderów, a zadaniem tychże jest właśnie motywowanie do zmian, do działania, ku poprawie stanu całej organizacji.

Nie ulegajmy statystykom. Wychodząc na spacer z psem statystycznie ja i on mamy po trzy nogi. W każdych statystykach – profesjonalnych i opartych na naszych obserwacjach – istnieje coś takiego jak błąd statystyczny, uproszczenia, które należy przyjąć na potrzeby badań. Niejednokrotnie bolesne i niesprawiedliwe dla tych, których dotyczą, choć nie zawsze nieprawdziwe w 100%. Naukowe i badawcze podejście do otaczającej nas rzeczywistości nie tylko rozwija nasze umiejętności poznawcze, ale przede wszystkim czyni z nas obiektywnych komentatorów. I zupełnie nieważne jest to czy rozmowy toczą się przy rodzinnym stole czy na łamach popularnych tygodników. Twarz warto zachować w każdych okolicznościach.

Samospełniająca się przepowiednia? Nic samo się nie dzieje, a od samego mówienia nie zmieni się to, co nas boli w świecie i Kościele. Szukanie jednak pozytywów i niejednokrotnie podkreślanie nawet tych najprostszych przykładów dobrych praktyk może nie tylko pokazać nieprzekonanym, że wokół nas dzieje się dobro. Przezwyciężenie chęci krytykowania dla samej krytyki i poskromienie w sobie malkontenta przede wszystkim może pozwolić odnaleźć recepty na dotychczasowe niepowodzenia… zło Dobrem zwyciężaj (Rz 12, 21)

6. #szczęśliwawdzięczność

Rozmawiałam w minionym tygodniu z moimi dziećmi o sile modlitwy. Pytały dlaczego wydaje się nam czasami, że Bóg nie wysłuchuje naszych próśb, a wręcz mamy wrażenie, że wydarzenia w naszym życiu pogarszają się pomimo rozmów z Bogiem. Wreszcie dociekały też o teodyceę, której nie potrafiły jeszcze nazwać, ale przykłady mnożyły bez problemu. Próbowałam tłumaczyć im, że nie zawsze widzimy od razu sens Bożego działania, że nieszczęścia, które widzimy dziś, jutro mogą okazać się największą radością. Odwoływałam się do sensowności zła, dopuszczanego przez Boga, by potem mógł wyciągnąć z niego jeszcze większe dobro. Przywoływałam przykłady z życia świętych, którzy nie poddawali się w modlitwach i mimo przeciwności, mimo, że nie rozumieli Bożych zamysłów ufali Bogu.
I jaka była puenta naszych rozważań? Wniosek, który uczniowie sami sformułowali po kilkunastu minutach dyskusji, był dziecinnie prosty: „…bo my, proszę pani, chyba za dużo czasami prosimy i wymagamy od Pana Boga, a za mało dziękujemy za to, co już mamy.”

Eureka! Wdzięczność jest tym kluczem, wytrychem do rozumienia Boga, Jego działania w naszym życiu, a więc także napotykanych ludzi, którzy przecież są Jego narzędziami. Oczywiście, inni mają więcej, lepiej, szczęśliwiej – jest w nas pokusa, by tak usprawiedliwiać niewdzięczność.
„Z braku rodzi się lepsze…” – niemalże równo dwa lata temu usłyszałam te słowa z ust ks. Piotra Pawlukiewicza. I to nie oznacza, że muszę coś stracić, by było lepiej, że musi mi być wszystko odebrane. Ale jeśli uświadomię sobie swoje braki, to na ich tle lepiej będę mogła dostrzec to, co dobre, piękne i lepsze – to, za co Bogu powinnam podziękować. Szczęście to nie znaczy dużo mieć, ale być wdzięcznym za to, co się posiada i przeżywa.

Jeśli więc następnym razem będziesz myślał o tym czemu Bóg nie wysłuchał Twoich próśb, zastanów się najpierw czy zdążyłeś Mu podziękować za to, czym do tej pory Cię obdarował.

Za każdy dar łaski bądź wdzięczny, a większego staniesz się godny, bo wdzięczność za otrzymane łaski jest modlitwą o nowe.
Jeżeli nie dziękujesz, Bóg staje się skąpy. 

/św. Józef Sebastian Pelczar/

5. #trzeźwymokiem

23 września zakończył się Narodowy Kongres Trzeźwości, podczas którego dyskutowano o potrzebie abstynencji kobiet w ciąży, zakazie reklamy alkoholu, a przede wszystkim – o kwestii dla mnie najważniejszej – edukacji dzieci i młodzieży w zakresie kultury trzeźwości.

***

Trochę historii. Sama nigdy nie byłam wielbicielką alkoholu, a zwłaszcza mocnych trunków. Do dwudziestego roku życia nie piłam alkoholu wcale, a na studiach – o dziwo! – tylko okazjonalnie i w niewielkich ilościach. Za każdym razem godność wynosiłam na własnych nogach i miałam pełny obraz spotkania czy imprezy. Ale dopiero w tak zwanym dorosłym życiu zaczęłam zauważać, jak bardzo z tego powodu jestem odsuwana przez pijące towarzystwo, jak opornie przebiega nam integracja, a wreszcie ,po którymś spotkaniu z kolei nie jestem już zapraszana. Bo za dużo widzę, słyszę i pamiętam. Ostatnich kilka lat wyraźnie pokazało mi, że wciąż żywa jest presja picia alkoholu podczas różnorakich spotkań, a jego odmówienie traktowane jest nie tylko jako obraza gospodarza, ale przede wszystkim jako wyraźny znak, że nie chce się być jednością z grupą, bo chce się ich kontrolować. (Tak, trzeźwi są podświadomymi agentami ;)) O pytaniach o chorobę czy ciążę nawet nie wspominam, bo wraz z osławionym „ze mną się nie napijesz?” padają notorycznie. I właśnie ta presja utwierdziła mnie w decyzji o całkowitej abstynencji. Nie polepszyło to stosunku pijących do mnie, ale nie o to mi chodziło.
Odkąd uczę w szkole po prostu wydaje mi się, że moja abstynencja pomaga mi w utrzymaniu wiarygodności mojego przekazu. Zaczęło mnie już mierzić ciągłe powtarzanie za innymi, że alkohol jest dla ludzi, bo to zwykłe przyzwolenie na nieumiarkowanie. Dużo lepiej czuję się, gdy mówię uczniom, że bez alkoholu można żyć – i to jeszcze jak! Bo dla ludzi jest woda, ruch i zdrowe odżywianie.
Oczywiście nie mówię tym samym, że potępiam osoby, które wypijają kieliszek wina czy szklankę piwa w dobrym towarzystwie i poprzestają na zdrowym umiarze. Paracelsus mawiał, że wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną, bo to dawka decyduje o szkodliwości substancji. I to właśnie droga równowagi jest według mnie jak najbardziej naturalna, ale równocześnie obowiązkowa. To picie alkoholu z umiarem, w odpowiednich sytuacjach, dostosowane do wieku i stanu zdrowia – trzeźwość – jest konieczną normą, jakiej powinni podlegać wszyscy dorośli ludzie. Każde nadużycie jest od tej normy odejściem, a więc zachowaniem nienormalnym – mówiąc wprost.
Pamiętajmy, że dzieci i młodzież z naszego zdania: „można czasami napić się alkoholu, tylko trzeba wiedzieć ile i kiedy skończyć” najprawdopodobniej będą chcieli usłyszeć tylko pierwszą część zdania. To, co po przecinku będą uważać za zbędne zawracanie głowy. Edukacja w tym zakresie jest wyzwaniem i sama nie wiem w jaki sposób ją prowadzić, aby była skuteczna przy całym kalejdoskopie naszej polskiej tzw. „kultury picia” – kiedy alkohol jest na prawie każdej rodzinnej uroczystości, reklamowany zwłaszcza – o ironio – przy okazji sportowych wydarzeń, możliwy do kupienia w każdym sklepie, niejednokrotnie 24 godziny na dobę, a więc łatwiej dostępny niż chleb. Może właśnie tu potrzebne są przykłady, świadectwa, autorytety, które przez te bariery się przebiją.
W ukazywaniu młodym kultury trzeźwości mogą pomóc liczne programy i akcje, które ruszają z coraz większą siłą, nie tylko na gruncie kościelnym, ale także świeckim, a nawet ściśle związanym z branżą alkoholową.
Zob. Narodowy Program Trzeźwości: http://www.kongrestrzezwosci.pl/narodowy-program/
Akcja „Trzymaj pion”: http://trzymajpion.pl/

Tym razem nie próbuję dawać odpowiedzi. Zależy mi raczej na pobudzeniu myślenia, bo problem jest, a to, że jest poważny chyba coraz bardziej do większości z nas dociera.
Dziś Niedziela Modlitw o Trzeźwość. Modlitwa zdziałać może cuda, może też dodać nam wszystkim – odpowiedzialnym na wychowanie – mądrości w kierowaniu życiem swoim i naszych wychowanków.
Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko mi wolno, ale ja niczemu nie oddam się w niewolę. (1 Kor 6, 12)