5. #trzeźwymokiem

23 września zakończył się Narodowy Kongres Trzeźwości, podczas którego dyskutowano o potrzebie abstynencji kobiet w ciąży, zakazie reklamy alkoholu, a przede wszystkim – o kwestii dla mnie najważniejszej – edukacji dzieci i młodzieży w zakresie kultury trzeźwości.

***

Trochę historii. Sama nigdy nie byłam wielbicielką alkoholu, a zwłaszcza mocnych trunków. Do dwudziestego roku życia nie piłam alkoholu wcale, a na studiach – o dziwo! – tylko okazjonalnie i w niewielkich ilościach. Za każdym razem godność wynosiłam na własnych nogach i miałam pełny obraz spotkania czy imprezy. Ale dopiero w tak zwanym dorosłym życiu zaczęłam zauważać, jak bardzo z tego powodu jestem odsuwana przez pijące towarzystwo, jak opornie przebiega nam integracja, a wreszcie ,po którymś spotkaniu z kolei nie jestem już zapraszana. Bo za dużo widzę, słyszę i pamiętam. Ostatnich kilka lat wyraźnie pokazało mi, że wciąż żywa jest presja picia alkoholu podczas różnorakich spotkań, a jego odmówienie traktowane jest nie tylko jako obraza gospodarza, ale przede wszystkim jako wyraźny znak, że nie chce się być jednością z grupą, bo chce się ich kontrolować. (Tak, trzeźwi są podświadomymi agentami ;)) O pytaniach o chorobę czy ciążę nawet nie wspominam, bo wraz z osławionym „ze mną się nie napijesz?” padają notorycznie. I właśnie ta presja utwierdziła mnie w decyzji o całkowitej abstynencji. Nie polepszyło to stosunku pijących do mnie, ale nie o to mi chodziło.
Odkąd uczę w szkole po prostu wydaje mi się, że moja abstynencja pomaga mi w utrzymaniu wiarygodności mojego przekazu. Zaczęło mnie już mierzić ciągłe powtarzanie za innymi, że alkohol jest dla ludzi, bo to zwykłe przyzwolenie na nieumiarkowanie. Dużo lepiej czuję się, gdy mówię uczniom, że bez alkoholu można żyć – i to jeszcze jak! Bo dla ludzi jest woda, ruch i zdrowe odżywianie.
Oczywiście nie mówię tym samym, że potępiam osoby, które wypijają kieliszek wina czy szklankę piwa w dobrym towarzystwie i poprzestają na zdrowym umiarze. Paracelsus mawiał, że wszystko jest trucizną i nic nie jest trucizną, bo to dawka decyduje o szkodliwości substancji. I to właśnie droga równowagi jest według mnie jak najbardziej naturalna, ale równocześnie obowiązkowa. To picie alkoholu z umiarem, w odpowiednich sytuacjach, dostosowane do wieku i stanu zdrowia – trzeźwość – jest konieczną normą, jakiej powinni podlegać wszyscy dorośli ludzie. Każde nadużycie jest od tej normy odejściem, a więc zachowaniem nienormalnym – mówiąc wprost.
Pamiętajmy, że dzieci i młodzież z naszego zdania: „można czasami napić się alkoholu, tylko trzeba wiedzieć ile i kiedy skończyć” najprawdopodobniej będą chcieli usłyszeć tylko pierwszą część zdania. To, co po przecinku będą uważać za zbędne zawracanie głowy. Edukacja w tym zakresie jest wyzwaniem i sama nie wiem w jaki sposób ją prowadzić, aby była skuteczna przy całym kalejdoskopie naszej polskiej tzw. „kultury picia” – kiedy alkohol jest na prawie każdej rodzinnej uroczystości, reklamowany zwłaszcza – o ironio – przy okazji sportowych wydarzeń, możliwy do kupienia w każdym sklepie, niejednokrotnie 24 godziny na dobę, a więc łatwiej dostępny niż chleb. Może właśnie tu potrzebne są przykłady, świadectwa, autorytety, które przez te bariery się przebiją.
W ukazywaniu młodym kultury trzeźwości mogą pomóc liczne programy i akcje, które ruszają z coraz większą siłą, nie tylko na gruncie kościelnym, ale także świeckim, a nawet ściśle związanym z branżą alkoholową.
Zob. Narodowy Program Trzeźwości: http://www.kongrestrzezwosci.pl/narodowy-program/
Akcja „Trzymaj pion”: http://trzymajpion.pl/

Tym razem nie próbuję dawać odpowiedzi. Zależy mi raczej na pobudzeniu myślenia, bo problem jest, a to, że jest poważny chyba coraz bardziej do większości z nas dociera.
Dziś Niedziela Modlitw o Trzeźwość. Modlitwa zdziałać może cuda, może też dodać nam wszystkim – odpowiedzialnym na wychowanie – mądrości w kierowaniu życiem swoim i naszych wychowanków.
Wszystko mi wolno, ale nie wszystko przynosi korzyść. Wszystko mi wolno, ale ja niczemu nie oddam się w niewolę. (1 Kor 6, 12)

4. #niezagadajDobra

Nauczyciele kojarzą się z tym, że dużo mówią i faktycznie ich życie opiera się na ciągłych monologach, dyskusjach i rozmowach. Proces nauczania jest bezsprzecznie sprzężony z mową, ze słowem. I nikt nie wyobraża sobie, że mogłoby być inaczej.  Wiedzą o tym najlepiej osoby, które z powodu chociażby infekcji doświadczyły nadwyrężenia głosu lub nawet go straciły. Wówczas praca nauczyciela staje się niesamowicie utrudniona, a wręcz niemożliwa. Komunikaty pisane na tablicy nie zawsze spotykają się z zamierzonym efektem.

Inaczej sprawa się miewa jeśli chodzi o nauczycieli religii – katechetów. Papież Franciszek zachęcał: „Nieustannie ewangelizujcie, jeśli trzeba, słowami”. A zatem jako nauczyciel religii muszę/powinnam ŻYĆ, a dopiero w drugiej kolejności mówić. Od starożytności wiadomo, że słowa uczą, ale to przykłady pociągają. Mogę pięknie mówić o Jezusie i być tytułowanym teologiem, ale jeśli nie potrafię żyć Jezusem, to próżne moje mówienie. Mogę przekazać wiedzę katechizmową i zasady funkcjonowania Kościoła, ale na suchym przekazie nie zbuduję fundamentów niczyjej wiary, ani jej nie rozwinę. Za to jest prawdopodobne, że wśród moich odbiorców zostawię obraz religii chrześcijańskiej jako połączenia kazuistyki i skansenu rytów liturgicznych.
Ewangelizować oznacza być w Kościele i żyć tym, co w tym Kościele się dzieje. Ewangelizować to znaczy postawić Boga w centrum swojego działania i nie przegadać Go. Ewangelizować wreszcie to być pozytywnym, otwartym człowiekiem, który na pytanie: „hej, skąd u ciebie tyle energii?” może odpowiedzieć: „bo jestem chrześcijaninem”.

Istnieje jednak pewne niebezpieczeństwo – zatracenia ortodoksyjnej nauki Kościoła. Ważne jest, by to nasze życie było faktycznie Boże i nieskażone własnym wyobrażeniem na temat właściwej drogi do zbawienia. Co więcej to istotne, by ewangelizowanie poprzez życie było pewnego rodzaju „czystą formą”, bez kliszy naszych przyzwyczajeń i osobistych form pobożności. Nie jest naszym zadaniem – jak mówi ksiądz Piotr Tomasik, UKSW – pokazywanie uczniom/innym ludziom kapliczki własnej duchowości, ale raczej, gdy pytają, wskazywanie im, że naszym prawdziwym mieszkaniem jest Kościół.

To wszystko nie dotyczy jednak tylko osób ewangelizujących, ale wszystkich, którzy chcą robić Dobro, tak, by najpierw byli wzorem do naśladowania, a dopiero w drugiej kolejności mówcą – jak Jezus. (Bierzmy przykład z Najlepszych!)

Jezus zaś, odwróciwszy się i ujrzawszy, że oni idą za Nim, rzekł do nich: «Czego szukacie?» Oni powiedzieli do Niego: «Rabbi! – to znaczy: Nauczycielu – gdzie mieszkasz?» Odpowiedział im: «Chodźcie, a zobaczycie».
Poszli więc i zobaczyli, gdzie mieszka, i tego dnia pozostali u Niego. 
(J 1, 38-39)

3. #idealnieniedoskonały

Kiedy rozpoczynałam pracę w szkole byłam przerażona. Teraz każdy początek roku przynosi ze sobą dozę niepokoju, twórczego niepokoju. Ale dlaczego? Przecież kocham swoją pracę. Właśnie dlatego.

Stanęłam po raz pierwszy przed dziećmi i zastygłam w kilkusekundowym zamyśleniu: „co mam robić? co mam mówić?” Poczułam ogrom odpowiedzialności, którą muszę unieść, bo przecież mówię do tych dzieci o Bogu(!). Niejednokrotnie jestem pierwszą osobą, która mówi im kim jest Jezus i jak Jego życie zmieniło naszą historię. Być może lekcja religii jest początkiem ich przyjaźni z Bogiem. Jak tego nie zepsuć? I nie pomagała wcale świadomość swoich słabości i wątpliwości. Chyba tylko ignorant nie uświadamia sobie jak wiele jest w nim braków i nieumiejętności, które nie mogą stanąć na drodze do katechizowania. Pozytywne nastawienie, miłość do Boga i ludzi to jedno, ale co zrobić, gdy padają trudne pytania albo w młodych umysłach kłębi się niezrozumienie tematu. Przecież ja – jak mówił ks. Oko – wiem coś o wszystkim, ale absolutnie nie wiem wszystkiego.

Po niemalże całym roku zadawania sobie pytań o to czy jestem właściwym człowiekiem na właściwym miejscu, z odpowiedzią pospieszył mi ks. Artur Ważny (Dyrektor Wydziału ds. Nowej Ewangelizacji), który podczas rekolekcji przywołał fragment z Ewangelii wg świętego Marka. Dwa następujące po sobie zdania, które pokazują, że nawet Apostołowie nie byli doskonali, że nie wszystko rozumieli i zdarzało im się wątpić. Jednak ich ułomności nie były dostatecznym powodem, by nie dostali nakazu głoszenia Ewangelii na całym świecie, wszystkim napotkanym ludziom. Te dwa zdania są ostatnimi wypowiedzianymi przez Jezusa przed wniebowstąpieniem, później już tylko „Pan współdziałał z nimi i potwierdził naukę znakami” (Mk 16, 20). Dwa zdania, które sprawiły, że to, co kiedyś mnie przytłaczało, dziś daje mi siłę napędową do nauczania, do ewangelizacji.

Zaczynamy nowy rok szkolny i chciałabym żeby w każdych wątpliwościach towarzyszyło mi (Wam też) to nieprzypadkowe następstwo zdań:
W końcu ukazał się samym Jedenastu, gdy siedzieli za stołem, i wyrzucał im brak wiary i upór, że nie wierzyli tym, którzy widzieli Go zmartwychwstałego. I rzekł do nich: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu!” (Mk 16, 14-15)