2. #jakrozmawiać?

W swojej pracy naukowej przez jakiś czas zajmowałam się interpretacją literatury i odnajdywaniem w dziełach sztuki wątków teologicznych. Wówczas właśnie spotkałam się po raz pierwszy z teorią trzech intencji, którą na swoich wykładach i w publikacjach promował ks. profesor Tadeusz Dzidek.* I choć w wielu kwestiach można polemizować z religijnym odczytywaniem niemalże wszystkich dzieł, to same trzy intencje przydają się nie tylko w kwestii patrzenia na sztukę.

Zacznijmy od intencji dzieła. Każde dzieło – tekst pisany, mówiony, obraz… – zawiera w sobie pewną treść, która jest niezmienna i oczywista dla odbiorców, bez względu na ich przynależność kulturową, wiek czy stan wiedzy.

Autor nadaje dziełu własną treść. Intencja z jaką wysyła komunikat w świat jest zrozumiała dla niego i zależna od kontekstu kulturowo-społecznego, w którym żyje. Co za tym idzie nie każdy może tak samo lub w ogóle zrozumieć sens, jaki autor zamierzał przekazać.

Odbiorca jest, podobnie jak autor, obciążony swoim kontekstem życia. Czasami ma również swój osobisty i subiektywny stosunek do autora, który wpływa na odczytywanie dzieła. Wpływają na niego także inne bodźce zewnętrzne, mogące utrudnić bądź ułatwić odbiór treści.

Obserwuję, że wiele osób w komunikacji ze sobą zapomina o trzech intencjach i stąd mnożą się nieporozumienia i kłótnie między ludźmi. Nie musimy wcale mówić do siebie różnymi językami i nie potrzebujemy barier fizycznych, by mieć problem ze zrozumieniem się nawzajem. Każdy z nas ma ze sobą bagaż odmiennych doświadczeń, wychowywał się być może w tej samej kulturze, ale w innej rodzinie. Przez to wysyłamy komunikaty, które choć nie różnią się czasami treścią, to są sygnowane naszą autorską intencją. Więc, jeśli czasem trudno nam zrozumieć drugiego człowieka, może spróbujmy, wiedząc jacy sami jesteśmy, zastanowić się nad tym kim on jest, co przeżył, jakie ciążą na nim konteksty, a potem starajmy się odczytać czystą treść.
Może mając świadomość swojej ambicji i wrażliwości, gdy usłyszymy komunikat: „Źle to zrobiłeś/łaś!” stanie się on dla nas tylko informacją, by popracować bardziej nad daną kwestią, a niekoniecznie będzie złośliwym docinkiem od szefa podważającym nasze kompetencje. Dotrze przecież do nas, że ton, w którym to powiedział był wynikiem napiętego dnia i jego własnego zdenerwowania.

Następnym razem dajmy sobie czas. Policzmy do dziesięciu i pomyślmy.

Ważniejsze od post scriptum:
Umberto Eco zwraca uwagę, że w momencie ukończenia pracy nad dziełem autor traci do niego wszelkie szczególne prawa. Każdy z nas jest autorem. Czy nasze komunikaty są na tyle czyste, że możemy oddać je odbiorcom, nie bojąc się ich interpretacji?
Niech wasza mowa będzie: Tak, tak; nie, nie. A co nadto jest, od Złego pochodzi. (Mt 5, 37)

*T. Dzidek, Funkcje sztuki w teologii, Wydawnictwo WAM, Kraków 2013. Sama teoria zaczerpnięta jest od U. Eco, jednak ks. Dzidek rozszerza ją na całą sztukę.
Zob. http://www.miesiecznik.znak.com.pl/650-6512009dominik-rogozinterpretacje-interpretacji-o-ksiazce-umberta-eco-i-in-interpretacja-i-nadinterpretacja/

1. #róbtocokochasz

Jaka jest praca nauczyciela? Cudowna! Ale tylko wtedy, gdy wychodzisz od właściwych założeń i powtarzasz je sobie codziennie, a czasami nawet co każdą godzinę lekcyjną.

Pierwsza i najważniejsza rzecz to motywacja. „Rób to, co kochasz” to nie jest pusty slogan, który atakuje człowieka XXI wieku nawet z lodówki. Wstajemy rano i programy śniadaniowe krzyczą do nas o samorealizacji. W pracy nauczyciela ta kwestia zdaje się być dla mnie najbardziej drażliwą. Z jednej bowiem strony jesteśmy zobligowani poniekąd do doskonalenia swojego warsztatu – kursów, studiów podyplomowych. Z drugiej – wchodzimy bezwiednie w tę machinę awansu zawodowego i nie wszyscy wiemy, po co biegniemy w tym wyścigu, bo przecież nie tylko po podwyżkę. (Chcę wierzyć, że nie tylko po pieniądze! Ale to temat na inny wpis.)

Jak to zrobić, żeby codziennie rano budzić się z uśmiechem na twarzy i myśleć, że idę do pracy, którą naprawdę lubię? Niejednokrotnie spotkałam się z twierdzeniem: „lubię dzieci, więc zostałam nauczycielem”, „lubię pracować z ludźmi”. A co jeśli nasze „aniołki” dadzą nam (nawet niechcący) porządnie w kość? A jeśli niekorzystny biomet sprawi, że wszyscy będziemy sobie nawzajem dogryzać? Znam ludzi, którzy z tego powodu zwalniali się z pracy.

Jak być zatem nauczycielem z powołaniem? No cóż, czasami myślę, że w szkole „powołanie” to taki mityczny stwór, którego przywołuje się, żeby zbudować czyjś autorytet albo eufemistycznie dać komuś do zrozumienia, że się nie nadaje. Wszystkie definicje powołania zaś zwracają uwagę na altruistyczne pobudki wykonywania danej pracy, które wyprzedzają, choć nie wykluczają tych finansowych.

Było dużo pytań, więc może teraz próba odpowiedzi.
Kluczem do sukcesu w pracy z ludźmi nie jest (koniecznie/tylko) nasza miłość do nich lub to, że lubimy z ludźmi przebywać, a nawiązywanie z nimi kontaktów nie sprawia nam trudności. Ze względu na ludzi prędzej czy później każda praca może się znudzić, a nawet zbrzydnąć. Bo człowiek nie jest tylko dobry i ma swoje ułomności, przez które mierzi, rani, denerwuje. W każdej pracy, zwłaszcza w pracy z ludźmi (dziećmi!) potrzebujemy jakiegoś punktu odniesienia, który będzie stały, jakiegoś pewnika, na którym oprzemy się codziennie rano. Wytrychem stały się już słowa świętego Augustyna, mówiącego, że jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu, to wszystko jest na swoim miejscu. Ten sam zostawił nam wskazówkę: „Dilige et quod vis fac” (Kochaj i rób co chcesz”), a popkultura wywróciła jego słowa na lewą stronę, przepuściła przez magiel i wywiesiła w wypaczonym rozumieniu. A przecież te dwa zdania świętego z Hippony są ze sobą tożsame i mówią o tym samym.

Kocham swoją pracę, współpracowników i dzieci, bo napędza mnie miłość do Boga i to ona daje mi wskazówki jak przetrwać kolejny dzień i jak zrobić z niego najlepszy dzień mojego życia, a może także życia drugiego człowieka. I choć w trudnych sytuacjach nie pytam siebie: „co Jezus zrobiłby na moim miejscu?”, bo przecież mógłby sporządzić bicz i powywracać stoły (Por. J 2, 15), to staram się szukać tych „Bożych rozwiązań”. Bo kiedy Bóg jest na pierwszym miejscu, to zaraz za Nim jest człowiek i jego dobro, dobro najistotniejsze właśnie w pracy z dziećmi, gdy z uwagi na kruchą materię szczególnie łatwo popełnić błąd, zranić i niesłusznie ocenić.

Najlepszym poradnikiem do rozwoju i samorealizacji jest Biblia, a Jezus to coach wszechczasów i najlepszy wzór nauczyciela i pedagoga.

Jezus nie zapytał Piotra czy kocha owce, tylko czy kocha Boga (Por. J 21, 15-17).